Strona główna>widoczne dla wszystkich>Awaria Jelcza mojego Ojca pozwoliła poznać mi to miejsce zanim jeszcze powstało


Awaria Jelcza mojego Ojca pozwoliła poznać mi to miejsce zanim jeszcze powstałonowe

Awaria Jelcza mojego Ojca pozwoliła poznać mi to miejsce zanim jeszcze powstało
© klos - wszelkie prawa zastrzeżone.

Awaria Jelcza mojego Ojca pozwoliła poznać mi to miejsce zanim jeszcze powstało

Opis: Kiedy w szkole uczono nas o osi, nie myślałem że kiedyś rozłożę wszystkie wydarzenia w taką oś. To było, tamto zniknęło. A ja jestem nadal.

Gdyby oś czasu dla mojego Taty nie zamknęła się przed laty, dzisiaj właśnie osiągnąłby 63 urodziny. Do emerytury zostałyby mu może dwa lata. Zapewne Jelcz czy Autosan już nie stałyby pod domem, chociaż kto tam wie...

PKS Pabianice, 1997 rok. Wczesna wiosna. Wynajem autobusu na pielgrzymkę do Lichenia z parafii, o ile pamiętam, zupełnie wówczas nowej, pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego.
Moja mama w zaawansowanej ciąży. W środku ku wyjściu kierował się Brat Dominik. Tata był przeciwny wyjazdowi. No bo co kiedy urodzi?
A matka, w duszy zmawiała cichą modlitwę, do czego przyznała mi się kilka dni temu:
- Niechaj ten autobus się spieprzy tam!
Mam w sobie dużo charakteru mamy. Usiedliśmy, mama na pierwszym fotelu dla pasażerów, ja zaś jak zawsze, obok Taty, na rozkładanym foteliku dla przewodnika. Tata, trochę niechętnie ale raczej dumnie przeciągał bieg za biegiem swojego Jelcza PR110D z silnikiem Liaza pod banderą PKS Pabianice, który upadł niedługo później, jako zdaje się pierwszy w Polsce po przemianie ustrojowej.
Ojciec się wkurzał, gdyż podczas takich wycieczek lubił słuchać ABBA lub Demisa Roussosa, a tam, z prałatem Olszewskim z tyłu śpiewali godzinki, odmawiali różaniec i inne takie, wiadomo o co chodzi.

Przejazd przez Turek, piękne miejsce pełne industrialu, wąskotorówki - wszystko to widziałem zza okien, każdy detal wskazał mi Ojciec, odrywając czasami rękę od kierownicy. "Jaki komin, Misiu, jaki tor, ile tutaj jest ciężarówek".

Dojechaliśmy do Lichenia. Duży, wyasfaltowany parking, gdzieś tam murowany szalet dla pielgrzymów i... tyle. W oddali dźwigi. Bazylika dopiero w budowie. Tatuś ustawił się Jelczem rozsądnie, wiedząc że parking, o dziko porannej porze, będzie za godzinę, dwie zawalony samochodami, stanął na wprost wyjazdu. Żeby bez problemu wyjechać po zakończonej akcji pielgrzymów. Coś tam jednak zaczęło się dziwnego dziać przy próbie dokładnego ustawiania autobusu po wyjściu pielgrzymów. Wsteczny nie działa. Obroty szaleją, wóz stoi. Sprzęgło się rozsypało. Ktoś próbował wypychać autobus w stronę szosy. Daremnie.
Matka zadowolona, Ojciec załamany.

To były zupełnie inne czasy. Co tutaj robić? Poszliśmy prędko do Lichenia. Tata był przerażony. Bez narzędzi, nie tak daleko, lecz jednak daleko. Poszliśmy do urzędu pocztowego, który znajdował się gdzieś niedaleko jeziora Licheńskiego. Tam Ojciec uznał, że nie będzie dzwonić normalnym telefonem, tylko przez "FAX", który był wówczas szczytem techniki a w PKS Pabianice od pewnego czasu była baza "Polskiego Expressu". Nigdy nie zapomnę słów Tatusia:
- Nadamy "FAX", zadzwonimy przez "FAX", przecież wówczas zadziałają natychmiast, bo będą wiedzieli, że to coś poważnego, inaczej zignorują.
Pani na poczcie zrobiła to za darmo. Była uprzejma. Sprawa urzędowa.
Pamiętam, że Ojciec wracał szybko do autobusu, ciągnąc nas za sobą, bowiem właśnie nadesłano nam na pomoc mechaników i holownik z najbliższej placówki PKS, czyli z Konina.
Przyjechali, popatrzyli. Tylko jak tutaj wyciągnąć denata, białego z pasami Jelcza, skoro wszystko dookoła oblepiły samochody przyjezdnych? Wyjechać samemu, wyjechałby. Ale na holu z drugim autobusem - bez szans.
Zapadła decyzja: "nie zostaniecie, jutro was o świcie weźmiemy, kiedy nie będzie aut".
Czemu nie wieczorem? Bo już będą po pracy. A tutaj Licheń, tutaj macie co robić. Do zobaczenia!
I odjechali.
Tata poszedł z nami na pocztę, kolejny "FAX".
- Nie zrobią. Tych ludzi trzeba jakoś zabrać.
Nawet nie wiecie jaki to był problem w owych czasach. Każdy nawalony, bo wolne. Auta, poza tymi dwoma PR-ami na wyjazdy dalekie, słabe.
Wypuścili. Najbardziej chętnego do jazdy, bo pewnie akurat pił z dyspozytorem brudzia. Starej daty kierowca w rozwalonym Autosanie o dumnej ksywie "Jelcyn". Sami sobie dopowiedzcie skąd ta ksywa się wzięła. A jak ktoś nie wie - "gęba przepita, czerwona, wiecznie podpita, jak to u prezydenta Jelcyna /Rosji/). Swoją drogą, później syn tegoż został chrzestnym brata, który właśnie, w tym momencie się ciągnął na świat.
"Jelcyn" pomylił kilka razy drogę skręcając na Koło a nie Konin, lecz w końcu dojechał Autosanem. Zabawne było to, że w porze przyjazdu, parking tak się rozluźnił, że podjechał pod Jelcza, lekko tylko lawirując pomiędzy samochodami. Na upartego, wziąłby na hol i swojego Przyjaciela, mojego Ojca.
Wrócił z pielgrzymami do Pabianic, a my zostaliśmy na noc.
Noc przygód. No co robić? Włazimy na "Golgotę", łazimy po sanktuarium, oglądamy budowę bazyliki i kąpiemy się w murowanym kiblu przy parkingu. Noc była zimna, Tata poszedł spać na tylną kanapę Jelcza, mama gdzieś na podłogę, bo brzuch przeszkadzał a ja spałem pomiędzy dwoma rzędami foteli z tablicami relacyjnymi PKS-u z napisem "Turystyczny" i "Brak wolnych miejsc", które ułożył mi Ojciec.

Poranek obudził nas mocnym promieniem wczesnowiosennego słońca. Lekka mgiełka. I zimno.
Mama, chociaż tuż przed porodem, poszła ze mną do murowanego szaletu gdzie była woda, coby się obmyć. To samo uczyniłem ja i Tata. Było nieznośnie rano. "Golgota" i spacer po budowie bazyliki i starym kościele. Gdzieś tam dostaliśmy książeczki ze zdjęciami tego miejsca, wiele lat je oglądałem, kochałem światłocień gry szkła i skały z "Golgoty".
Przybył holownik. Bez problemu wycofał, wpiął nas na sztywny hol. Za Boga nie pamiętam co nas holowało, pamiętam że czekałem na holownika z hakiem, a tu przyjechał taki jakby normalny autobus i nas ciągnął. Przejechaliśmy przez Las Grąbliński, miejsce Objawień. Mama pokazywała miejsce objawień, a ja byłem skupiony na pracy mojego Taty, skupiony jak nigdy. Jazda na sztywnym holu nie jest łatwa. Pamiętam hasła typu: "Za szybko jedzie, nie dał znać gdzie skręca, ja nic nie widzę, nie znam trasy".
Jechaliśmy przed siebie, prosto na bazę PKS Konin. A tam to samo co w Pabianicach. Luźna atmosfera, poruszenie na widok kobiety w postaci mojej mamy (w zaawansowanej ciąży) i lakoniczne wciągnięcie autobusu na kanał. A tam godziny. Lewarowanie skrzyni, wymiana sprzęgła... Minie dzień.

Ojciec nie mógł zostawić autobusu. Łaziliśmy po bazie raz, piąty, dziesiąty. Mama się zdenerwowała. Musi iść, poznać miasto. Poszliśmy w dwójkę, w sumie trójkę, na spacer po mieście. Słońce zachodziło.
Było już fest ciemno kiedy Jelcz odpalił i ujechał kilka metrów z hali.
Byłem tak zmęczony, że nawet nie zauważyłem jak Tatuś załączył jakąś żarówkę do czytania "Kaczora Donalda" przy fotelu za sobą, chyba też się wtedy nudził.

Jelcz wył jak szalony, pędząc trasą taką, jaką wybrał Ojciec, nie było GPS, nie było map. Kiedyś, przy takim przejeździe zaliczyliśmy nawet rodzinny Trzciel, lecz to już opowieść na inny czas.

Wróciliśmy cali, zdrowi. Brat urodził się kilka dni później i ma się nieźle (jako kierowca), zaś ja jestem dumny, że mój Ojciec był NAJLEPSZYM na to, co mógł mi wtedy dać.

Za dwa lata miałbyś emeryturę, Staruchu.

Na zdjęciach Bazylika obecnie. Tego nikt się nie spodziewał, że tak to będzie wyglądać. Mi się podoba, niemniej jednak w obliczu skromności Kościoła, trochę chyba za dużo.
No i parking, na którym po naszej awarii Jelcza wylądował dwukrotnie Karol Wojtyła. Asfalt pewnie ten sam, samochody o których nikt nigdy nie marzył.

Dzięki, Tatuś.
Autor zdjęcia: klos
Słowa kluczowe: Licheń, Bazylika, Wspomnienie, PKS Pabianice, PKSPabianice, PKS_Pabianice
Kategorie: architektura, komunikacja miejska i podmiejska, wielkopolskie
Dostępność: widoczne dla wszystkich
Data: 30.04.2026 19:42
Wyświetleń: 36
Data wykonania zdjęcia: 18 kwietnia 2026
Rozmiar pliku: 497.1 KB




[Przełącz na mobilną wersję tej strony]

© 2026 Ukalo & Pewusoft. Napędzane piwem i 4images 1.10 Copyright © 2002-2026 4homepages.de
Strona zawiera poprawny XHTML oraz śladowe ilości orzechów laskowych.