Strona główna>widoczne dla wszystkich>Bieszczadzki sen o przygodzie


Bieszczadzki sen o przygodzienowe

Bieszczadzki sen o przygodzie
© klos - wszelkie prawa zastrzeżone.
album  postcard_off Następne zdjęcie:
Czasem bywa i tak...

Bieszczadzki sen o przygodzie

Opis: O nieskażonych turystyką, dziewiczych Bieszczadach słyszałem od dziecka. Z wypiekami na twarzy czytałem wspomnienia dużo starszych Kolegów - pasjonatów o niezapomnianych podróżach wgłąb tych gór pociągiem z dłużycą, o spontanicznych noclegach w wagonach osobowych i innych, nierzadko nieco zakrapianych przygodach. Widziałem, że to jest daleko i raczej nie po drodze, wiedziałem też, że to wszystko raczej nie ucieknie. Przeszło dekadę planowałem wypad w Bieszczady, jedyne "kolejowe" miejsce, którego jeszcze nie zwiedziłem podczas wielu corocznych wojaży. "No w tym roku pojadę, jadę, OK, za rok". No i tak byłoby też tym razem, kiedy po kilku dniach wędrówki po wąskotorówkach w rejonie Pińczowa czy Dynowa, uznałem, bodajże piątego dnia, że czas wracać. Moja kobieta spojrzała na mnie z dużym wyrzutem. "To tak, jakby przepłynąć ocean, utonąć w porcie". Niewiele mówiąc, przejęła prowadzenie i ruszyła w stronę Soliny. Zaiste, piękne i majestatyczne miejsce. Najlepsze było jednak przed nami. Wetlina, koniec końców. Gdybym już wówczas wiedział, że za oknem pensjonatu gdzie się zatrzymaliśmy biegł nieczynny od lat tor do Moczarnego... Bród zamiast mostu, stacja paliw na drodze gruntowej i stare, PRL-owskie latarnie. Dobrze, że był sklep z lokalnym winem i bankomat PKO. No i zasięg sieci telefonicznej oraz budka z kebabem.
Wyruszyliśmy z samego rana na przejażdżkę w stronę Majdanu. Kilka razy przecinaliśmy jakieś zarośnięte torowiska. Stacja powitała nas wielką turystyczną aurą. Sklepiki z pamiątkami, jakieś przybytki z kawą, piwem (chyba bezalkoholowym, gdyż inni turyści ostrzegali przed "ślepakami").
Połaziłem pod wiatą, gdzie zgromadzono całkiem ciekawy tabor kolei wąskotorowej, zarówno wagony jak i spalinowozy oraz parowozy. Z wielkim zadziwieniem obserwowałem jak nagle stacja budzi się do życia. Lokomotywownia ożywa, wyjeżdżają kolejne lokomotywy serii Lyd2 a na peronach zaroiło się od obsługi. Rumuńskie Lyd2 znałem z wielu kolejek wąskotorowych, nigdy jednak z nimi nie obcowałem w ruchu. Tym bardziej zdziwiłem się, kiedy policzyłem, że nasz skład liczy sobie, o raju, jedenaście wagonów! Sztos! Wsiadamy, ruszamy. W każdym wagonie człowiek z obsługi. Armia ludzi. Wijemy się niczym wąż po tych wąskich torach, łykając łuk za łukiem. W owym czasie można było na wybranych kursach trafić nawet parowóz, niestety nie byliśmy w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Silnik maszyny prowadzącej przepięknie dudnił, wiązary mniej pięknie, bo szkodliwie dla nawierzchni, biły w szyny. Kilka przejazdów drogowych, jakieś stacyjki z wagonami załadowanymi drewnem (zapewne ekspozycja), niezliczona ilość mostów, równolegle szumiące strumienie i w końcu polana, łuk pod mega ostrym kątem i sprawiający wrażenie niezwykle dzikiego odcinek, równolegle do granicy ze Słowacją. Słupki graniczne, które przekroczyliśmy raptem 50 metrów od stacji końcowej w Balnicy, na kompletnym odludziu. "Kochanie, dojechaliśmy wąskotorówką za granicę". No, zaiste tak właśnie było. Jakże się zdziwiłem, kiedy kilka chwil później na tory stacji wjechał kolejny, identyczny pociąg złożony z jedenastu wagonów i Lyd2 a po manewrach - jeszcze jeden, trzeci. Trzy długie, nabite ludźmi pociągi na końcu świata. W dodatku prowadzone leciwymi "donaldami".
Przecierałem oczy ze zdumienia. Takiego przesilenia Lyd2 się nie spodziewałem. W drodze powrotnej sporo trasy jechaliśmy w dół, co wytłumaczyło bardzo obfitą obsługę, bo nie dziwota, że w zasadzie każdy wagon potrzebował swojego hamulcowego.

Ilość ludzi, która jeździła tymi pociągami przytłoczyła mnie podobnie jak ilość ludzi do obsługi tych składów. Torowiska wydawały się na bieżąco remontowane a skansen taboru wyraźnie rozbudowywany. Zapewne nakłady na utrzymanie są bardzo duże, zwłaszcza że kolej jeździ intensywnie tylko w określonej porze roku, lecz cieszę się, że było mi dane w końcu dotrzeć w te mityczne Bieszczady pociągiem.
I w sumie trochę mi przykro, że miałem okazję zaznać mocno udawanego, turystycznego ruchu, a nie będzie dane zaznać tego, o czym nieraz opowiadali starsi Koledzy - czasów, kiedy ta kolej służyła głównie w przewozie dłużycy i innych towarów. Do dopiero musiały być czasy!

Fotografię wykonałem w drodze pierwotnej z Balnicy w kierunku Majdanu przed stacją Solinka, pociąg wychodzi z potężnego, ostrego zakrętu, mijając po raz któryś tego dnia rzekę Solinkę, mając przed sobą jakąś sporą górę, chyba Matragonę. 5 lipca 2025 roku.

Przygoda odhaczona; pojechałbym raz jeszcze? Pewnie kiedyś, za dekadę. I najlepiej typowo towarowym. Może na taki sen nie jest jeszcze za późno?
Autor zdjęcia: klos
Słowa kluczowe: Lyd2, Bieszczady, Lyd2-05, Balnica, Solinka, BKL, Bieszczadzka Kolej Leśna, tusystyczny
Kategorie: góry, kolej, wąskotorówki
Dostępność: widoczne dla wszystkich
Data: 23.01.2026 20:33
Wyświetleń: 18
Data wykonania zdjęcia: 05 lipca 2025
Rozmiar pliku: 927.9 KB




[Przełącz na mobilną wersję tej strony]

© 2026 Ukalo & Pewusoft. Napędzane piwem i 4images 1.10 Copyright © 2002-2026 4homepages.de
Strona zawiera poprawny XHTML oraz śladowe ilości orzechów laskowych.